Ileż można pisać o zbieraniu oczu z podłogi, po seansie spirytystycznym, w hotelowym barze, poprzedniego wieczora? W każdym bądź razie jedno jest pewne, albo zabawa i tequila do późnej nocy, albo wędkowanie. Tego poranka nie musiałem ze sobą targać wędek, tylko kołowrotki i całą resztę kramu. Wędkę miał zabrać dla mnie Enrique. Było mi to absolutnie na rękę. O stałej już porze wsiadłem do taksówki.

W czasie jazdy do mariny postanowiłem nagrać kilka krótkich filmów z drogi powrotnej. Nie tylko z łodzi ale także i przede wszystkim jadąc przez downtown Cancun. Niesamowity klimat zubożałej dzielnicy miasta. Ze zniszczonymi ulicami, tryskającymi wodą hydrantami i zakratowanymi do drugiego piętra oknami, wstawionymi w pokryte przez jaskrawe graffiti fasady bloków. Wszędobylska krzykliwa muzyka i równie krzykliwe farby budynków, na tle których, wśród wraków aut i stert zniszczenia, uliczni handlarze i przechodnie, oraz wszędobylskie bezdomne psy dopełniały upiornej atmosfery tego miejsca. Niecodzienne doświadczenie, myślę że większość z nas miałaby odmienne odczucia, jednak dla każdego z nas, powtórzę się,  atmosfera tego miejsca byłaby nierealna.

Dojeżdżamy do przystani i po przesiadce na łódź wypływamy. Rozmawiamy o poprzednim dniu łowienia, o miejscach w których byłem z Manuelem. Jak się łowisko podobało, czy były ryby i jak reagowały. Oraz o snookach, ciągle na liście to do, o bones, które też nadal są na tej samej liście i o crocodilo lagoon. Gajd montuje mi kij, kołowrotek, wiąże przypon i uważnie słucha. Od czasu do czasu przerywając spokojnym: si. Trochę mu było głupio, że największą rybę wyjazdu straciłem będąc na łodzi z Manuelem a nie z nim. Postanowił to zmienić i od razu ruszyliśmy na ogromny i bardzo urozmaicony flat, z dostępem do oceanu i dużą ilością różnych gatunków mangrowców. Z mocno urozmaiconym dnem i o różnej głębokości. Na kilku kilometrach kwadratowych tej miejscówki mieliśmy szansę na każdą rybę.

I faktycznie, różnorodność gatunków była zadziwiająca. Jacki, tarpony, snappery, barracudy, permity i snooki! Snooki! W końcu! Ryba cel nr.1 tego wyjazdu. Enrique ustawia łódź i pokazuje mi gdzie mam podać muchę. Po kilku próbach, bez reakcji ryby, szukamy następnego snooka. Znowu to samo. Zmiana mangrowca, jednak bez rezultatu. Robalo po prostu nie biorą. Aby nie wyjść z wprawy i trochę z nudów łapię kilka snapperów. Lepiej snapper na haku niż snook w krzakach.

Jest ciężko, ryby nie chcą żreć. Odwracają się od much. Enrique przesuwa nas ponownie, na inny flat i postanawiamy ponownie przesortować pudełko z pierzem i kłakami. Wybieramy 4 różne wzory i postanawiamy wypróbować je na tych samych rybach i w tym samym miejscu. Na tarponach. Ryby wchodzą kanałami z pobliskiego oceanu i poruszają się po płyciźnie w małych szkołach po 6-10 sztuk. Naiwnie stwierdzam, że to jest chyba dobrze. No señor, to many eyes, muchos ojos! Ostudza sucho mój zapał Enrique. Po około 2 godzinie cierpliwego polowania wiem co miał na myśli. Im więcej ryb, tym więcej widzą i tym łatwiej dają się spłoszyć. Płoszą się w zasadzie wzajemnie, jak tylko jedna z nich poczuje zagrożenie, cała ławica od razu rozpierzcha się i jest po zawodach. Nie pomaga nic, ani zmiany 4 much, ani zaklinanie, ani przeklinanie w 4 jezykach … ¡Puto!

W końcu od małej grupki ryb odrywa się jedna i podąża za dużą imitacją shrimpa. Sabalo płynie za muchą i widać wyraźnie, że ma złe zamiary, to dobrze. Jednak odwraca się i płoszy całą resztę … ¡Puta de madre! … Ale zaraz, shrimp?! Wtf? Tarpon na shrimpa? Ale to właśnie jest solanka. Nie ma sytuacji przewidywalnych. Po kolejnej godzinie polowania podobna akcja. Szkółka tarponów zostaje zlokalizowana przez gajda, ja podaję długim rzutem muchę, tym razem małego cockroacha, po paru pociągnięciach baby silver king odrywa się od reszty, płynie za muchą i … @#&☺$! Reszta to proza solanki. Branie, zacięcie, krótki, intensywny hol, świeca i spadek. Słyszę jeszcze jak tarpon woła: Adios motherfucker! Jeb z dzidy!

Mija nam tak cały dzień. Jest ciężko, bardzo ciężko. Ryby są nadal kapryśne, pomimo że zmiana pogody była trzy dni temu, jednak uparty i mocny wiatr z północy robi swoje. Ani sabalo, ani robalo, ani palometa nie dały się dziś przechytrzyć. O macabi, czyli bones nawet nie wspomnę. Widziałem tylko jednego bonefisha na tym wyjeździe. W końcu wracamy na tarczy do przystani. Tam spotykamy inne łodzie i słyszymy podobne relacje. Ufff!

Przepakowuję się z łódki do auta. Wracamy do hotelu i w drodze powrotnej realizuję plan z rana, nagrywając videos. Po lądowaniu na plaży wiem, że to był udany wyjazd. Nowe doznania. Nieznane gatunki ryb na żywo a nie na ekranie telewizora. Nowe doświadczenia wędkarskie. Nowe podejście do muchowania. Zacytuję Darka: Wiem, że teraz masz już przejebane, tego się nie da odwrócić!

Jeszcze tu wrócę! Ileż można pisać o zbieraniu oczu z podłogi, po seansie spirytystycznym, w hotelowym barze, poprzedniego wieczora? W każdym bądź razie jedno jest pewne, albo zabawa i tequila do późnej nocy, albo wędkowanie. Tego poranka nie musiałem ze sobą targać wędek, tylko kołowrotki i całą resztę kramu. Wędkę miał zabrać dla mnie Enrique. Było mi to absolutnie na rękę. O stałej już porze wsiadłem do taksówki.

W czasie jazdy do mariny postanowiłem nagrać kilka krótkich filmów z drogi powrotnej. Nie tylko z łodzi ale także i przede wszystkim jadąc przez downtown Cancun. Niesamowity klimat zubożałej dzielnicy miasta. Ze zniszczonymi ulicami, tryskającymi wodą hydrantami i zakratowanymi do drugiego piętra oknami, wstawionymi w pokryte przez jaskrawe graffiti fasady bloków. Wszędobylska krzykliwa muzyka i równie krzykliwe farby budynków, na tle których, wśród wraków aut i stert zniszczenia, uliczni handlarze i przechodnie, oraz wszędobylskie bezdomne psy dopełniały upiornej atmosfery tego miejsca. Niecodzienne doświadczenie, myślę że większość z nas miałaby odmienne odczucia, jednak dla każdego z nas, powtórzę się,  atmosfera tego miejsca byłaby nierealna.

Dojeżdżamy do przystani i po przesiadce na łódź wypływamy. Rozmawiamy o poprzednim dniu łowienia, o miejscach w których byłem z Manuelem. Jak się łowisko podobało, czy były ryby i jak reagowały. Oraz o snookach, ciągle na liście to do, o bones, które też nadal są na tej samej liście i o crocodilo lagoon. Gajd montuje mi kij, kołowrotek, wiąże przypon i uważnie słucha. Od czasu do czasu przerywając spokojnym: si. Trochę mu było głupio, że największą rybę wyjazdu straciłem będąc na łodzi z Manuelem a nie z nim. Postanowił to zmienić i od razu ruszyliśmy na ogromny i bardzo urozmaicony flat, z dostępem do oceanu i dużą ilością różnych gatunków mangrowców. Z mocno urozmaiconym dnem i o różnej głębokości. Na kilku kilometrach kwadratowych tej miejscówki mieliśmy szansę na każdą rybę.

I faktycznie, różnorodność gatunków była zadziwiająca. Jacki, tarpony, snappery, barracudy, permity i snooki! Snooki! W końcu! Ryba cel nr.1 tego wyjazdu. Enrique ustawia łódź i pokazuje mi gdzie mam podać muchę. Po kilku próbach, bez reakcji ryby, szukamy następnego snooka. Znowu to samo. Zmiana mangrowca, jednak bez rezultatu. Robalo po prostu nie biorą. Aby nie wyjść z wprawy i trochę z nudów łapię kilka snapperów. Lepiej snapper na haku niż snook w krzakach.

Jest ciężko, ryby nie chcą żreć. Odwracają się od much. Enrique przesuwa nas ponownie, na inny flat i postanawiamy ponownie przesortować pudełko z pierzem i kłakami. Wybieramy 4 różne wzory i postanawiamy wypróbować je na tych samych rybach i w tym samym miejscu. Na tarponach. Ryby wchodzą kanałami z pobliskiego oceanu i poruszają się po płyciźnie w małych szkołach po 6-10 sztuk. Naiwnie stwierdzam, że to jest chyba dobrze. No señor, to many eyes, muchos ojos! Ostudza sucho mój zapał Enrique. Po około 2 godzinie cierpliwego polowania wiem co miał na myśli. Im więcej ryb, tym więcej widzą i tym łatwiej dają się spłoszyć. Płoszą się w zasadzie wzajemnie, jak tylko jedna z nich poczuje zagrożenie, cała ławica od razu rozpierzcha się i jest po zawodach. Nie pomaga nic, ani zmiany 4 much, ani zaklinanie, ani przeklinanie w 4 jezykach … ¡Puto!

W końcu od małej grupki ryb odrywa się jedna i podąża za dużą imitacją shrimpa. Sabalo płynie za muchą i widać wyraźnie, że ma złe zamiary, to dobrze. Jednak odwraca się i płoszy całą resztę … ¡Puta de madre! … Ale zaraz, shrimp?! Wtf? Tarpon na shrimpa? Ale to właśnie jest solanka. Nie ma sytuacji przewidywalnych. Po kolejnej godzinie polowania podobna akcja. Szkółka tarponów zostaje zlokalizowana przez gajda, ja podaję długim rzutem muchę, tym razem małego cockroacha, po paru pociągnięciach baby silver king odrywa się od reszty, płynie za muchą i … @#&☺$! Reszta to proza solanki. Branie, zacięcie, krótki, intensywny hol, świeca i spadek. Słyszę jeszcze jak tarpon woła: Adios motherfucker! Jeb z dzidy!

Mija nam tak cały dzień. Jest ciężko, bardzo ciężko. Ryby są nadal kapryśne, pomimo że zmiana pogody była trzy dni temu, jednak uparty i mocny wiatr z północy robi swoje. Ani sabalo, ani robalo, ani palometa nie dały się dziś przechytrzyć. O macabi, czyli bones nawet nie wspomnę. Widziałem tylko jednego bonefisha na tym wyjeździe. W końcu wracamy na tarczy do przystani. Tam spotykamy inne łodzie i słyszymy podobne relacje. Ufff!

Przepakowuję się z łódki do auta. Wracamy do hotelu i w drodze powrotnej realizuję plan z rana, nagrywając videos. Po lądowaniu na plaży wiem, że to był udany wyjazd. Nowe doznania. Nieznane gatunki ryb na żywo a nie na ekranie telewizora. Nowe doświadczenia wędkarskie. Nowe podejście do muchowania. Zacytuję Darka: Wiem, że teraz masz już przejebane, tego się nie da odwrócić!

Jeszcze tu wrócę!

2017, pitt