Zaproszenie dostałem już jakiś czas temu. Oczywiście, że przyjąłem! Chyba żaden z nas nie byłby aż tak prózny i nie przepuściłby takiej okazji?! Od samego początku miałem dobre uczucie, które się wzmogło od momentu kiedy tylko wpadłem do pudła i usłyszałem liczne powitania. ‹Siema! No cześć! Welcome!›. ‹Witam wszystkich serdecznie› – odpowiedziałem, będąc pod lekkim wrażeniem. ‹Od razu przepraszam za opóźnienie, ale niestety nie mogłem wcześniej do Was dołączyć. Mój właściciel po prostu zapomniał podać namiary adresowe i wykonawca, chociaż był gotowy, nie mógł mnie wysłać w miejsce przeznaczenia›. ‹Nie ma sprawy kolego, nie ma sprawy! Najważniejsze, że już jesteś wśród nas i że wreszcie jesteśmy w komplecie› – powiedział rubasznie pękaty wobler i szybko przeszedł do przedstawiania moich, jak się okazało, słynnych współpracowników.

‹To kolega Salmo Hornet SR›. Przede mną stał klasyczny atleta. Jak na swój niski wzrost krępy i mocno zbudowany. Jego praca o amplitudzie horyzontalnej jest na tyle szybka i wyrazista, że wyczuwalna na praktycznie każdej wędce. Jego specjalizacja to obławianie średnio-głębokich partii wody, najchętniej takich o średnio-szybkim nurcie i kuszenie ryb po zmierzchu lub przy mocno trąconej wodzie. Jak się szeptem na ucho dowiedziałem: ‹Jeden z ostatnich z rodu!›.

‹Nazywam się Bomber Square, ale koledzy mówią mi Grzechota› – usłyszałem klasyczny akcent południowca i poczułem mocy uścisk kotwic na powitanie. Ten mały, pękaty i hałaśliwy pływak wcale nie przypomninal zawodowego łowcy kleni. W zasadzie wyglądał jak antyatleta. Krótki tułów, szeroki w barach i w krzyżu, z wyraźnie zarysowanym brzuchem. Jak się później dowiedziałem, właśnie dzięki swoim specyficznym kształtom posiada szeroką i niespokojną pracę o niezbyt szybkiej, ale bardzo nerwowej amplitudzie. Podczas myszkowania po płytkich i hałaśliwych przelewach kusi ryby swoimi głośnymi grzechotkami. Aaacha … Grzechota jeden! Wildwater i Rafting to jego medalowe dyscypliny.

Moim kolejnym kolegą okazał się Gloog Hektor. Tyle o nim dobrego słyszałem. Ten mały, groźny, zrównoważony i niesamowicie opanowany wojownik posiada tak wiele talentów, że trudno o nich wszystkich w skrócie opowiedzieć. Jest bardzo zbliżony do swojego starszego, dalekiego i wymierajacego kuzyna Horneta SR, ale posiada nad nim ogromną przewagę. Linia Horneta nie wymiera i cieszy się ogromną ilością potomków. Delikatnie trącona woda opadająca po wyżówkach to jego ulubione tereny łowieckie i miejsca zmagań z dużymi i groźnymi drapieżcami.

‹Pozwolisz, że się przedstawię, pochodzę z rodu Lipińskich› – głos przedstawiającego się należał do lekkiego, klasycznie wyglądającego, młodego artysty w swoim fachu. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś będę się obracał w takich kręgach. Kto nie słyszał o Lipińskich? Przede wszystkim ich słynna umiejętność maskowania i upodobniania się do naturalnego pokarmu oraz niepowtarzalna i subtelna praca powalają na kolana, nie tylko damy. Wiedziałem, że areną Lipinskich jest czysta, spokojna a nawet stojącą woda. To właśnie w takich warunkach terenowych pokonywali natrudniejszych przeciwników.

‹Witaj!› – powiedziały rownoczesnie dwa głosy o tak podobnej barwie, że musiały należeć do bliźniaków. Już po chwili wiedziałem, że rozmawiam z twinsami Bonito. Także te dwa mikrusy nie były mi całkiem obce. Zwinni, dobrze zbudowani i nieustraszeni. To właśnie oni, pomimo stosunkowo niskiej wagi, walczyli zaciekle na ostrych spadach i uskokach, przeciwstawiając się prądom i wirom.

Krąg moich nowych znajomych, pomimo że się ciągle powiększał, był mi w zasadzie świetnie znany. W końcu pracowaliśmy w tej samej branży i wiele o sobie słyszeliśmy. Jednakże tylko o sobie słyszeć w porównaniu z realną szansą na współpracę i aktywne uzupełnienie teamu specjalistów to ogromna różnica! Mój przewodnik przedstawił mi jeszcze dwóch innych – choć przedstawił to w tym przypadku zbyt dużo powiedziane – członków załogi. Byli nimi mrukliwi górale z Bałkanów. No cóż, różne kultury, różne charaktery i różne temperamenty. Choć słyszałem, że jak Jugolki miały dobry dzień, to robili takie partys, które stawiały wszystkie inne w cień!

Teraz przyszła kolej na mnie. Nadeszła chwila, na którą tak długo czekałem, na możliwość współpracy z tymi wszystkimi … jak by ich wszystkich nazwać? VIP-ami? Talentami? W każdym bądź razie najlepszymi w swoim fachu. ‹Nazywam się Dylewski, pochodzę z Pomorza i będę od dzisiaj należał do ekipy. Moje talenty? No cóż, trudno samemu opowiadać o własnych mocnych stronach. Moje ulubione tereny łowieckie to płytkie i wartkie odcinki o bardzo czystej wodzie. Kocham te trudne warunki, ponieważ są one prawdziwym wyzwaniem dla każdego łowcy kleni. Bardzo się cieszę, że zostałem przyjęty do tak doborowego składu›.

‹Welcome in da clab› powiedziel wielki Storm, który mnie oprowadzał po nowej lokalizacji i przedstawiał całej ekipie. Z wyglądu był karykaturą woblera kleniowego, jednakże jego możliwości i osiągi, wyczyny i wyniki opowiadały całkowicie odmienną historię. Jego największą tragedią był brak kontynuacji linii. Tak, także ta rodzina Stormów była wymierającymi bohaterami klasy Horneta SR. Czy taki jest nieunikniony los prawdziwych mistrzów?

Już na drugi dzień, po bardzo krótkim briefingu zaczęły się konkrety i rozwiązywanie zadań taktyczno-strategicznych, czyli ruszyliśmy na łowy! Poczułem nie tylko dreszczyk emocji ale także uciag na sterze, napreżyłem mięśnie i nastroszyłem kotwice … i zrobiłem to, co potrafię najlepiej. Upolowałem pięknego klenia w szybkim nurcie, niesamowicie czystej i przejżystej, szwajcarskiej rzeki.

‹Veni, vidi, vici łowco!› pogratulowałem sobie w myślach. Veni, vidi, vici!

2008, pitt