Od pierwszego wyjazdu z wędką na Karaiby, od pierwszego uderzenia ciepłej fali w gołe łydki, od pierwszego rzutu do wypatrzonego tarpona i od pierwszej złowionej ryby, regularnie … regularnie(???) … notorycznie(!!!) … myślę tylko o jednym i tym samym! Myślę, marzę i śnię o wejściu do ciepłej, słonej, przejrzystej wody oceanu i o oddaniu rzutu do płynącej ryby, o zacięciu, o intesywnym holu pełnym odjazdów, wyskoków i przeciągania liny. Kiedy planowaliśmy tegoroczny wyjazd, bogowie muchowej solanki byli mi życzliwi. Tym razem pasowało wszystko. Termin na początku maja. Fazy księżyca z nowiem w formie olimpijskiej. W grę nie wchodziły żadne porażki, żadne skuchy, nastawienie było absolutnie optymistyczne.

Od zimy uzupełniałem zapasy much. Dokręciłem kilka sprawdzonych wzorów baitfish i EP minnow. Na wypadek wjechania w ławice bones zrobiłem dodatkowo parę malutkich krabów, w tym alphlexo. A mając ciągłą nadzieję na strzał do permita, ukręciłem z marszu kilka wikszych alphelxo oraz krewetek. Wiadomo … nigdy nie wiadomo. Zrobiłem nowe przypony (o tym eksperymencie trochę pózniej). Sprawdziłem stan calego sprzętu, w tym linek i ze smutkiem stwierdziłem, że moja ulubiona SA Masetry Grand Slam, jeszcze ze starej serii sygnowanej przez Bruce’a Charda, ma zniszczony tip i bez spawania nowej pętli się nie obejdzie. Niestety, linka ma na karku parę lat i w międzyczasie część plasyfikatorów ulotniła się na tyle, że spawanie okazało się eksperymentem. Musiałem dosztukować pływającego poly leadera, który na szczęcie pozwolił się łatwo zespawać z otuliną i dzięki temu otrzymałem homogenną strukturę tipu. No dobra, so far so good, ale jak mi ten Frankenstein się na łowisku rozsypie, to zostanę bez mojego podstawowego sznura i z kocią mordką. Słabo by było. Chcąc nie chcąc dokupiłem nowy model tej samej linki. Wprawdzie w zupełnie innym kolorze, ale nadal o tych samych parametrach i fantastycznych walorach rzutowych. Dzięki małemu łutowi szczęścia trafiłem na obniżkę ceny i zakupu nie odczułem w nerkach. Sprzętowo zdecydowałem się na dwie #8-ki i jedną #10-tkę. Do łowienia na bliskich i średnich dystansach wybrałem Echo Prime, której używałem praktycznie zawsze, kiedy polowaliśmy na tarpony, snooki i jacki. W tych krótkich momentach poszukiwania permita i bones, używałem Orvisa Recon pierwszej generacji. Echo sparowałem z Coltonem Terrapin a Orvisa z Hydrosem IV pierwszej generacji. O secie #10 nie będę się rozpisywał, bo nie użyłem go ani razu. Nie było okazji. Kilka słów o Echo. Bardzo fajna wędka. Dzięki minimalnie krótszej długości zdecydowany plus w manewrowości i swing weigth. To wędka do rzutów na krótkie i średnie dystanse, żaden speed demon do żyłowania odległości po 90 stóp pod wiatr. Jednak pozwala bez większego problemu posłać muchę na 75 stóp i do tego celnie. Cenowo top i nie ma się do czego przyczepić. Aha, wędka ma bardzo wygodny uchwyt, co oczywiście jest plusem co najmniej dodatnim.

Pamiętacie, jak kiedyś pisałem … Budzik dzwoni, siadam na łóżku, podnoszę oczy z podłogi i idę do łazienki. Szybka toaleta, szybkie śniadanie w sport barze, notabene pełnym jakichś czubów i zwłok po wczorajszym party … tym razem wcale nie było inaczej.

Pierwszy dzień łowienia. Budzik zadzwonił o 4.45 … o 4.45 (!!!) po wieczorze z piwem w jednej i tequila w drugiej dłoni. Ale nie było źle. Tylko trochę niewyspany byłem, jak brałem kawę i szacowałem ile trzeba wypić, żeby ciągle (jeszcze? nadal?) być w barze, tak wcześnie rano i w tym opłakanym stanie … oczywiście mam na celowniku zombies dnia poprzedniego. O 5.45 siedzę już w taxi i jedziemy przez nigdy nie śpiący Cancun w stronę przystani. Szybka jazda, jakieś 15-20 minut i jesteśmy na miejscu. Wchodzę na pomost, jest Martin i mój gajd Noel. Załatwiam formalności, czyt. wydaje $$$, przechodzę przez pomost, wsiadam do łodzi i po chwili zamieniamy kilka słów i zdań z Noelem. Niezły angielski. Typowy Maj. Typowy bo z natury sympatyczny i wesoły. Wprawdzie stoi jeszcze trochę na hamulcu – to pierwsze 15 minut z nowym klientem – ale już czuć, że będziemy dobrym teamem. Wymieniamy się pierwszymi informacjami. Zgrywamy komanda o kierunku rzutu, z jakiej ręki ja rzucam, na co koniecznie zwracamy uwagę, jak ustawić, łódkę, jak obsługiwać kamerę itd itp.

Dopływamy do pierwszej laguny. Noel daje mi czas na złożenie zestawu, a sam przeczesuje zawartość pudełek z muchami. Ma problem – wszystkie wzory są łowne i wszystkie muchy wyglądają jak ukręcone na lokalne miejscówki. Zgadnijcie dlaczego? Wybiera brązowego baitfisha i wiąże go do przyponu. Pierwsze rzuty … khem … mam aż tak zrytą motorykę? Rzuty są jakieś dziwnie nerwowe, nierówne, pętle niestabilne, jak bym był początkującym albo linka kopletnie z bani. Ale po paru minutach opanowuję tremę i jest lepiej. Na całe szczęście, bo gajd mówi, że na 12-tej są rolling tarpons. Przesuwamy się powoli, rzucam i są! Ryby wychodzą do muchy jak wystrzeliwane z katapulty do rzutków. Jeden błysk, drugi błysk, jest pierwszy kontakt, trzeci błysk a nawet czwarty. Wprawdzie tylko jeden kontakt i zero poważnego brania, ale nie jest źle, jest dobrze! Pierwsze miejsce i już na starcie są ryby! Czekamy parę minut i tarpony pojawiają się ponownie. Rzucam według komanda a ryba natychmiast wychodzi do muchy i … i się odwraca! Patrzę na Noela a on na mnie. Jesteśmy lekko skonsternowani … napisałem skonsternowani, bo w przeciwnym przypadku byłoby niecenzuralnie. No ok, może coś było nie tak? Czekamy następne parę minut, ale ryby już się nie pojawiają, więc wracamy i na wejściu do tunelu jest tarpon. Rzut pod nos i ryba rusza do muchy, piękny błysk flanki i … i znowu nie ma brania, ryba nie zagryza. Wymieniamy się ponownie spojrzeniami. Noel rusza w następne miejsce, a ja się drapię po czaszce i grzebiąc w zasobach doświadczenia, zastanawiam się, co jest grane. W międzyczasie dopływamy do następnej kameralnej laguny i Noel zmienia muchę na trochę lżejszy wzór. Bezszelestnie przesuwamy się po tafli wody i szukamy znaku ryby. Na 9-tej jest snook, szepcze gajd. Przesuwam wędkę tak długo aż trafiam na rybę w tunelu pod nawisami mangrowca. Tak, tam, potwierdza szepcząc jeszcze ciszej. Rzucam, być może nadal niezbyt zgrabnie ale za to celnie, snook wyskakuje do muchy i goni żeby zabić. Oczy skupione na rybie, uszy skupione na gajdzie. Strip a bit faster, se … WTF?! … miało być set the hook, a wyszło rozdziawione bezgłośne nic … ryba stanęła przed samą muchą i wycofała się pod gałęzie. Noel mówi, żebym rzucił jeszcze raz. Podaję muchę ponownie, ale snook ma ją głębko poniżej płetwy ogonowej. Po jeszcze jednym rzucie ryba znika w mangrowcach, a my mamy mega zagwozdkę. Shit! Ryba była bardzo duża. Naprawdę bardzo duża. To byłby mój PB. Byłby. Okay, zwijamy się i płyniemy dalej. Szukamy w myślach rozwiązania zagadki. Widać jak czachy parują. I to w tym upale! Osiągamy kolejne miejsce, od razu napotykamy kilka snooków. Zmieniamy muchę na jeszcze lżejszą i szukamy ryb, do których można podać muchę. Noel ustawia łódkę i mówi cicho: 3 snooks at 11. Widzę ryby i rozpędzam linkę. Kładę muchę na wodzie i dwie ryby startują do niej z miejsca. Są coraz bliżej … yes, yes, yes! No fuckin way! Ten sam numer co wcześniej. Stop i wycofanie się ogonem pod gałęzie mangowców. Jest jakiś zgrzyt, ale ciężko nam wpaść na czym ten zgrzyt polega. Robimy przerwę i wymieniamy się doświadczeniami, zadając sobie różne pytania i szukając przyczyny dziwnego zachowania ryb. Co widzimy jak na dłoni, to kontakty w wodzie trąconej, natomiast w wodzie klarownej widzimy tylko uniki ryb. Przewracamy gałami i szukamy przyczyn. Pewne rzeczy zdążyliśmy już wykluczyć, tylko niestety nie daje nam to właściwego tropu. No nic, rozwiązanie przyjdzie samo, jestem pewien, w końcu mózg praucje nad nim. Płyniemy w ostatnie miejsce dnia. Rozległy, otwarty flat z piękną strukturą dna. Jest szansa na bones i permity. Zmieniam zestaw. Noel wiąże przypon i muchę. Oddaję kilka próbnych rzutów i od razu coś mi nie pasuje. Koło nas przepływa, jak niby nigdy nic, mała szkółka bones. Zanim rozbujałem zestaw, ryby zniknęły. Mózg pracuje już nad dwoma problemami. Raz, dlaczego nie chcą zabić muchy i dwa, dlaczego zestawem bone-premit tak dziwnie się rzuca? Po dwóch dryfach na pusto, ruszamy do mariny. Kiedy podpływamy do pomostu mam olśnienie. Mówię do Noela, żeby zadzwonił po taksówkarza, najlepiej jakiegoś znajomego, który będzie chętny mnie codziennie wozić na ryby i spowrotem do hotelu. Za 10 minut będzie taxi mówi gajd. Mówię do niego, że mam dwa pomysły i jutro mu je sprzedam, ale najpierw muszę wszystko przemyśleć i wypróbować w resorcie.

Dzień drugi i rano ta sama procedura. Podnoszenie oczu z podłogi, szybka toaleta, szybkie sandwiche z kawą na śniadanie. Na dole czekała już szybka taksówka z szybkim kierowcą i kilkoma informacjami na temat miasta. W przystani wykładam na ladę $$$, Noel jest już w łodzi z plecakiem i wędkami. Gadu gadu. Widzę, że ciekawość go zżera i nie może się doczekać, co mu powiem. Dopływamy do pierwszego miejsca a ja montuję zestawy i proszę Noela o zawiązanie much. Sprawnie uporał się z zadaniem i mówi, że to nie te same przypony. Bingo! W hotelu wywaliłem wczorajsze i zrobiłem nowe. Wpływając do przystani … uwaga olcnienie … zorientowałem się co odstraszało ryby – lekko spiralny, i dlatego sprężynkujacy, przypon! Zrobiłem na próbę dwa nowe przypony, z innego materiału, minimalnie inna sztywność, co spowodowało, że były proste jak struna, tzn. mogłem je idealnie wyprostować. Dzięki temu w pauzie nie skręcały się, nie powodowały żadnych zakłóceń i nie odstraszały ryb – taki był plan na starcie w drugi dzień. Vamos! Szukamy ryb i faktycznie znajdujemy je dopiero na drugiej miejscówce. Jest Snook. Rzucam celnie i zaczynam ściągać muchę. Snook odskakuje od linki, jakoś tak rzucilem, że go delikatnie przerzuciłem, ale odwraca się i wali z całym impetem w EP minnow, buuuummmm! Got it! W sekundę później linka jest luźna. WTF!? Aaahaaa, zerwał się! Przypon 35lb pękł na węźle. Na szczęście na węźle. Bywa, nie ma co marudzić. Wiążę nową muchę, tym razem własnoręcznie i szukamy dalej. Snook na 9-tej. Rozpędzam linkę i rzucam. Ryba zagryza i zaraz spada. Źle zaciąłem, tzn. o ułamek sekundy za późno. Walczymy dalej i stale przesuwamy się po łowisku. Szukamy tarponów. W drodze powrotnej wpływamy na ten sam rozległy flat, ale z innej strony i Noel mówi: permit time amigo! Zmieniam zestaw i zaczynamy skanować wodę. W połowie dryfu gajd mówi podekscytowany: coś się bardzo szybko przemieszcza w naszą stronę, bądź gotowy! Permit na 10-tej! 75 stóp, rzucaj! Rzucam, ale … co to był za rzut? Co to była za jakaś chora akcja?! Ryby były tak szybkie, że nie miałem szansy na oddanie rzutu do nich … były za szybkie dla mnie! Noel stwierdził, że tutaj bardziej chodziło o łut szczęścia. Ryby nie żarły, tylko przesuwały się po łowisku, a on liczył na to, że może się uda je zainteresować krewetką. Niestety, były tak szybkie, że nie było mowy o celnym podaniu muchy. Zwijam zestaw a Noel bierze kierunek na marinę. Pytam gajda, dlaczego nie ma szkół tarponów na wolnej wodzie, tylko widzimy małe grupy ryb wyłącznie w zamkniętych lagunach z murky water i pod mangrowcami. Często w głębszych miejscach. Ale Noel nie ma pomysłu … natomiast ma trochę problem ze znalezieniem ryb. Jest je ciężko wyniuchać na sporym łowisku. Do tego ten bezustannie wiejący, silny, wiatr nie sprzyja w napływaniu na wszystkie miejscówki. Musimy je typować wybiórczo i sytuacyjnie, bo rzucanie pod 28-32km/h «nie jest łatwe». Tak będzie do samego końca tej wyprawy. Będziemy bardzo ciężko pracować na każdą wypatrzoną rybę, do której uda mi się podać muchę.

Dzień trzeci. Good morning Cancun! The same procedure. Oczy na kafelkach. Śniadanie w sports bar. Jazda z Miguelem do mariny. Opowieści dziwnej treści. Wilgoć, ciepłota i niemiłosierny wiatr. Zostawiam $$$ w biurze Martina i ruszamy na podbój ryb. Zaczynamy od końca łowiska, w dużej lagunie … ok może nie tak dużej, ale większej niż do tej pory, i z trzema cenotami na wyposażeniu lokalu, są ryby, jest celny rzut, jest branie, jest zacięcie … dżizas, w końcu! … są odjazdy, są wyskoki i jest finalny spadek tarpona. Micha mi się cieszy od ucha do ucha. Ale mam radochę, w końcu sabalo! A że spadł, cóż, takie jest muchowanie w solance. Płyniemy dalej, w miejsce jak z kosmosu. Woda żółta jak siarka się wydaje, ale to dno ma taki kolor, a w promieniach słońca, lekko trącona woda tej laguny, spełnia mistrzosko księżycowy klimat. Pomiędzy trzema wyspami, na dnie, widać spory cień. Ze 3 dobre metry krokodyla. Czuje, słyszy i widzi nas, więc odpływa spokojnie w siną dal. Szukamy tarponów i snooków. Sabalos jak na lekarstwo, za to są robalos. Rzucam tak dobrze jak się tylko da, ale wiatr robi swoje, czyli mi na złość. Co chwilę ściągam muchę z mangrowców. I nic się nie da zrobić. Ryby stoją tak a nie inaczej, a wiatr wieje tak i nie inaczej. Niestety, wieje tak, że celne rzuty są trudne a ryby stoją klasycznie, w tunelach korzeni i pod nisko zwisającymi gałęziami mangrowców. Jest ciężko, jest technicznie trudno i jest nieznośnie gorąco. Ciągle uzupełniam płyny i staram się odsapnąć w drodze od miejscówki, do miejscówki. Dzień zakończyliśmy na tej samej rozległej płyciźnie w poszukiwaniu permita i bonefisha. Bez rezultatu. Koło nas przeleciał ze speedem jack i żółw. Tyle z ekscesów w tym miejscu i tego dnia.

Czwarty poranek z oczami na podłodze, z luksusowym śniadaniem w sport barze, wypełnionym jak codziennie zwłokami uczestników party dnia poprzedniego. Maya robi mi świetną kawę, a sandwich smakuje jak kawior z szampanem. Miguel wiezie mnie do mariny w tempie ekspresowym, rownoczenie sprzedając kolejną opowiastkę o Cancun. Przez ladę wędrują $$$ … a moje toboły wędrują samoczynnie do łodzi. Dziś ostatni dzień. Trzy dni ciężkiej pracy na każdą rybę, na każdy rzut i każde branie. Kilka zaciętych ryb, ale brakuje tego, po co tutaj przyjechałem. Brakuje zdjęcia z rybą. Wpływamy do tej samej laguny, która obdarzyła mnie w pierwszy dzień licznymi wyjściami ryb. Noel melduje tarpony na końcu ślepej uliczki, dowozi mnie na 65 stóp od nich, a ją posyłam piękną, wąską pętlą muchę, którą kładę na wodzie i zaczynam ją po dwóch sekundach ściągać. Buuuummmm! Siedzi! Tylko spokój, tylko spokój. Szczyt w dół … pamiętaj … szczyt w dół … a ryba i tak skacze. Raz. Odjazd. Drugi skok. Znowu odjazd. Trzeci skok i od razu brutalny odjazd. Tym razem bez akrobacji. Holuję ją spokojnie z ręki i staram się ją zmęczyć. Noel włącza aparat i mówi, że coś nie bęgla. Rybę mam pod kontrolą, więc staram się wyjaśnić, jak włączyć kamerę, która oczywiście nie daje się włączyć. Ryba w międzyczasie robi piękny odjazd, nabiera tempa i skacze po raz czwarty … i się uwalnia akrobatycznie w powietrzu. Piękna walka! Jestem cały happy, tylko szkoda, że nie będzie zdjęcia. Robimy krótki odpoczynek i w międzyczasie ryby wracają. Rzucam i po drugim albo trzecim podciągnięciu muchy widzę flash, zacinam i jest jazda. Tarpon pięknie walczy i po trzecim skoku daje się podholować do burty aby wylądować w moich rękach i w objektywie. Got it! Chingare, chingare! Got it! Teraz już jest dwóch uśmiechniętych. Po parunastu minutach odpoczynku wracamy w kierunku tunelu wyjściowego z laguny i Noel mówi cicho: sabalito at 9. Ryba płynie tuż pod powierzchnią wody. Rzucam i kładę muchę na lustrze wody, może z 35 cm przed nią. Atak następuje natychmiastowo i bezkompromisowo. Potężne jebudu nie dopuszcza nawet śladowej nonszalancji. Ryba skacze jak na etatcie w Salto Natale. Kompletne szaleństwo! Co tu się wyprawia!?!? Po czterech odjazdach, lądujemy i ją, robimy zdjęcia i podczas wypuszczania stwierdzamy z grubym zdziwieniem, że to ta sama ryba, co 25 minut temu. Tarpon jest spompowany jak klacz po westernie. Reanimujemy go długo i dajemy mu dużo czasu na odpoczynek. Na całe szczęście nie ma żadnego crocodilo w pobliżu. Ryba odpływa powolnie, od czasu do czasu łykając łapczywie powietrze znad wody. Jest drugą rybą … a może dalej pierwszą? Mam to gdzieś … liczy się fantastyczna walka i sukces końcowy. Czas płynie cały czas, a my płyniemy w stronę rozległej płycizny, w pół drogi do mariny. Klasyka oczywiście nie może zabraknąć – permit time amigo! Zmieniamy zestaw, ostatecznie decdujemy założyć shrimpa zamiast kraba. Chociaż parę minut nad tym dyskutowaliśmy. Noel skanuje wodę z platformy, a ja z dziobu łódki. Nagle słyszę, że na 11-tej coś się szybko do nas zbliża, nervous water, może jack bo … jest płaszczka, więc może być jack. Rzut, rzut na 10-tą, rzucaj na 65 stóp. Dwa międzywymachy i linka leci po skosie pod wiatr, wpada po około 60-ciu stopach do wody i … czekamy … czy wystarczająco blisko? Czy jack zmieni kierunek? Zmienił na tyle, że nie napłynął na muchę wystarczająco blisko aby ją zauważyć, czy zareagować. Szkoda. Dalej skanujemy wodę. Permit at 9! Two of them! Wait, wait … now at 10. To far, they are moving so crazy fast, to fast! Now at 11, try to cast at 12, cast 75 feet, try now! Rzucam, ale i te ryby nie są happy. Poruszają się z obłędną prędkością, są dziwnie nerwowe i nie żerują. To wygląda tak, jakby przed czymś uciekały albo były w nastroju do wyścigów, tylko nie do żerowania. Noel sucho potwierdza i kiwa głową. W końcu spływamy i zamykamy ostatni dzień łowienia.

Napiszę krótko i zwięźle. Jeszcze nigdy nie musiałem się tak napracować nad każdą jedną rybą, do której udało mi się oddać rzut. Jeszcze nigdy nie musiałem się tak ciężko napracować nad każdą jedną zaciętą rybą. I jeszcze nigdy nie musiałem się tak bardzo napracować nad każdą jedną złowioną rybą. Uwierzcie mi, to były 4 niesamowicie intensywne i ciężkie dni łowienia. Bezlitosny wiatr, który ani razu nie zmienił kierunku i przez to nie pozwolił nam na wybór innych miejscówek, niż te, które były z nim możliwe. Ryby z nieznanych powodów rozproszone po całym łowisku i schowane głębko w mangrowcach, pomimo nowiu niechętne do współpracy, wybredne i zestresowane. Kolejnym utrudnieniem był zupełny brak deszczu. Ani kropla nie spadła … a tarpony tak kochają deszcz i kiedy pada, wyraźnie wzrasta poziom ich happiness. Uzupełnieniem tych pogodowych brewerii okazały się wysokie temperatury, których się wprawdzie w tropikach spodziewamy, jednak była wyjątkowa plaża. Po 6-ciu godzinach na skiffie czułem się jak bekon w patelni. Na każdym wyjeździe mam okazję nauczyć się czegoś nowego. Tym razem dostałem lekcje o przyponach. Taka nauka jest bezecenna. Dowiedziałem się też paru rzeczy o permitach, tzn. o tym, co trzeba umieć, żeby być w stanie podać im muchę … następnym razem postam się to wykorzystać. Mam nadzieję, że będzie mi dane spotkać permita w lepszym nastroju, a nie po expresso i dwóch puszkach red bulla. I co dalej? Ano … notorycznie myślę tylko o jednym …

pitt, 2024